Istnieje w polskiej muzyce popularnej taki podgatunek, który można by określić mianem "wyjącego worka" i w worek ten wrzucane są kolejne odkrycia roku/miesiąca/tygodnia, a charakterystyczne dla ich utworów jest to, że są nie do rozróżnienia. Można by się pokusić o spiskową teorię, że za produkcją muzyczną każdej takiej pani stoi ten sam psychodeliczny menedżment, który zamiast słuchać uszami wciąga nosem i zapętlony w jednej nucie sprzedaje ją wciąż i wciąż i wciąż, w przekonaniu, że nikt się nie kapnie. O ile pogodzona jestem z faktem, że zwyczajowo kolejna polska "wokalistka" już przy pierwszym wydanym singlu trafia do wora, o tyle ciężej jest mi zrozumieć jak można dać się do niego wrzucić mając na karku parę krzyżyków kariery i kilka całkiem porządnych piosenek popowych. Przyznam, że nie mogę zrozumieć co takiego wydarzyło się w umyśle Natalii Kukulskiej, że nagrała tak smętne gówno, którego nie powstydziłaby się raczej Gosia Andrzejewicz czy Natalia Lesz (chociaż ja osobiście o autorstwo podejrzewałam początkowo Kasię Cerekwicką). Przecież było już tak miło, współpraca z Planem B która nieco odświeżyła jej repertuar, czy nawet projekt Comix, to coś w czym przynajmniej rozpoznać można Kukulską. Powtarzając za moimi przyjaciółmi z południa - "Ale nie bo po co..."
Dlatego też cieszy podwójnie gdy w gęstniejącej stęchliźnie pojawi się nagle powiew świeżości, a jeśli powiewy takie są dwa, to trzeba się modlić, bo może zwiastuje to zmianę klimatu...
Pierwsza dotarła do mych uszu Brodka, zupełnie niechcący natknęłam się na relację z jej występu na OWF i po wykonaniu "Grandy" na album czekałam jak na szpilkach. Przyznam, że Brodka moją faworytką nie była nigdy. Przejawiała podskórnie jakąś muzyczną niebanalność, jednak rzadko szło to w parze z jej twórczością. Dzięki temu jednak przy pierwszych odsłuchach nie przeżyłam szoku, a raczej wewnętrzne poczucie spełnienia, że oto dokonuje się długo oczekiwane przepoczwarzenie młodej artystki. Z przyjemnością słuchałam jak Brodka bawi się śpiewaniem, tonacją, miesza ludowość z wysmakowanym obliczem popu i elektroniką. Unosiłam się nad chodnikiem gdy w słuchawkach odtwarzała mi się jej gra w klasy słowami, o międzyludzkich emocjach. Ta mała dziewczyna pokazała swoim starszym i większym koleżankom, że można... Tylko czy któraś w ogóle to zauważy?
Później była Maria. Nie słuchałam jej od dwóch lat, odkąd to skatowałam się jej drugim albumem "Maria Awaria" do obrzydzenia. Pomyślałam jednak co mi szkodzi - Najmniejszy Koncert Świata, okładka wydała mi się zachęcająca, zwłaszcza, że na witrynie kioskowej czyli już tak zupełnie, że mogę zakupić ją do biletu ztm. Jednak gdy się pojawiła w moim domu - zwlekałam. Po przeczytaniu (świetnego) obszernego wywiadu, który z Marysią Peszek dla Wyborczej przeprowadził Tomasz Kwaśniewski, byłam przekonana że autentyzmu nie będzie. No bo jak ma być skoro Marysia jawnie się odżegnuje od stylistyki "goło i wesoło w pióropuszu"? Jakże się myliłam. Peszek miała mnie już w pierwsze dziesięć sekund od wciśnięcia trójkącika play na moim dvd. I choć cały czas próbowałam być nieufna, z każdym kolejnym wykonaniem wsysała mnie w swój świat coraz bardziej. Po pierwsze - nowe, świeże aranżacje powaliły mnie na kolana (czemu nie wydadzą tego w audio?). Po drugie - zachowanie Marii Awarii przeplatające się z Miasto Manią, cały czas trafiające we mnie swoim (o dziwo) realizmem - albo Peszek świetnie udaje albo jednak wierzy w swoje kreacje. Po trzecie - pięć rekwizytów na krzyż, a ona robi spektakl - zrzucając, zakładając, rozdając, zjadając, wszystko zgrywa w tak spójną całość, że Lady Gaga z całym swoim objazdowym cyrkiem, mogłaby się od niej uczyć występów scenicznych.
Krótko mówiąc, dzięki Ci Panie, że w tym ciepłym muzycznym bagienku, znalazły się przynajmniej dwie orędowniczki inteligentnej artystycznej formy i nuty, dzięki którym można spać spokojnie, że jeszcze Polska nie zginęła.
na Brodkę patrzę z wielką sympatią od czasu, kiedy usłyszałem Inner City Blues. Sięgnęła po Marvina Gaye zanim trendem stało się szukanie inspiracji w latach 60! Z nowej płyty - singiel W pięciu smakach brzmi super, tym bardziej, że blisko (przez teledysk) jest najgorszemu polskiemu kawałkowi - Chinka Cikulinka Kai Paschalskiej!
OdpowiedzUsuńAle Tomasz Kawśniewski to dla mnie buc numer 1 w GW. Wywiad z Peszek był dobry, bo Peszek jest niebanalna i mocno refleksyjna co do swojej płci i ciała. Jednak Kwaśniewski w swoich felietonach cały czas przyjmuje perspektywę kolesia, którego atakują wredne feminazistki. Kogoś, kto próbuje zrównać sytuację kobiet i mężczyzn jako ofiar tego samego systemu heteronormatywnej opresji. Coś co może wygląda jako postironiczny maczyzm jest u niego esencjonalną bucerą. Jego teksty może są zabawne z perspektywy Czerskiej, gdzie (sądzę) problem równouprawnienia nie istnieje, bo został dawno rozwiązany. W Polsce jeszcze nie było fazy ironicznego maczyzmu, żeby próbować go podawać niby na serio. Oczywiście zakładam, że Kwaśniewski nie jest zwyczajnym bucem, ale przyjmuje pewną konwencję skłaniającą do dyskusji. Jednak szybki risercz po archiwum wyborczej sprawia, że myślę, że Kwaśniewski jest bliski straszenia feminazistkami ze straponami, które każą mu płacić alimenty.
Próba jego twórczości - http://wyborcza.pl/1,76842,8147882,I_rybka__i_pipka.html czym to się różni od tekstów Ziemkiewicza, Warzechy, Terlikowskiego?
no cóż, co się tyczy Kwaśniewskiego to ani fanką ani nawet znawczynią jego wywodów nie jestem, może wywiad z Peszek to strzał jak ziarno ślepej kury...? a może sprawdza się scenariusz analogiczny do wywiadów Doroty Deląg, które przeprowadza dla tvn warszawa, że jeżeli ma się inteligentnego rozmówcę to nawet gówniany wywiad zaowocuje w świeże i odkrywcze efekty..
OdpowiedzUsuń